
Teleport dosłownie: „Turkish Airlines numer 1!“ słychać z ust Jardy, któremu twarz promienieje po 4 szklaneczkach whisky. Na lotnisku w Cape Town dostaliśmy lekkiego szoku termicznego. Wita nas przewodnik Martin, który przewozi nas z taką prędkością że wszystkie strusie i wielbłądy widzimy rozmazane. Dopiero przed zamkniętą bramą Przylądka Dobrej Nadziei wiemy poco ten pospiech.
Teraz mamy 14 dni świetnej zabawy. Nie brakuje nocy u sióstr zakonnych, przejścia do wietrznego Hermanu, gdzie podziwiamy kolonie pingwinów i pierwszy prawdziwy steak house. Nie odpuszczamy sobie najbardziej wysuniętego punktu Afryki na południe. Jedną nogą w Atlantyku, drugą w Oceanie Indyjskim. Parę pięknych dni spędzamy w Wilderness z wieloma miejscami do startu…ale przede wszystkim przeloty nad oceanem, top landing, kąpiele i relaks. Z miejscowymi jesteśmy zaprzyjaźnieni, dzięki temu możemy mieszkać bezpośrednio na plaży.
„Kto nie widział słonia, to tak jakby nie był w Afryce!“ Mając to na uwadze jedziemy do parku Ada, rezerwau przyrody, gdzie od razu przy wejściu prawie rozjechalibyśmy żółwia. Po obejrzeniu zwierzątek Jarda z Pavlem idą podnieść sobie trochę adrenaliny na największym Bungee jumpingu na świecie. Skacze się z mostu w wielkim kanionie.
Następuje parę wspaniałych lotniczych dni w Wilderness z prawdziwą afrykańską kolacją w lokalnym Slamu. Tu biali żądzą a czarni są biedni, nie odczuwamy żadnej nienawiści. Zależy od lokalizacji. Czym większe miasto, tym gorzej. Gościna była wspaniała, żegnamy się z rodziną i małymi murzyńskimi dziećmi.
Ostatnia wyprawa prowadzi do słynnego powietrznego terenu Porterville, podobnego do Hiszpanii. Od razu w pierwszy dzień grupa dostaje wycisk w powietrzu, a mało komu żołądek wytrzymał więcej niż 2 godziny. Cieszymy się wspaniałymi widokami na dolinę, poznajemy wodospady w kanionach, a także słynne Rump steaki, nie brakuje degustacji afrykańskich win.
Koncentrowanych doświadczeń w przeciągu 14 dni było tyle, że opowieści wysłuchajcie lepiej od wszystkich uczestników wycieczki. Dziękujemy wszystkim! Czerwonej drożynie – Pavlovi, alias Pan z Dolan, Indianowi – Vysoký Jalovec, Otíkovi, obu Radkom, Tomášovi, Jardovi J, Liborkovi i Pacoškovi. To było tak dobre, ze z pewnością powtórzymy to w przyszłym roku!