
Z wyłączonymi światłami, powoli zaparkowaliśmy auto na opuszczonym boisku (miejscu naszego planowanego lądowania ). Szybko przygotowaliśmy niezbędne rzeczy i w porannym świetle wyruszyliśmy przez boisko w stronę płotu. Przy jego przechodzeniu rozerwałem sobie legginsy ale pomyślałem " jeśli dziś jedynym problemem ma być ta mała dziurka, to będzie spoko" :- ) Przykurczeni pobiegliśmy przez działkę aż do podnóża 200 metrowego komina. Po piorunochronie wspięliśmy się na początek zardzewiałej drabinki. Sprzęt mieliśmy w plecakach przed sobą, inaczej nie zmieścilibyśmy się między ochronną obręcz a drabinkę. Na moje długie nogi to było tak akurat, ale nie obeszło się bez kilku ran na kolanach. Wyobraźcie sobie około trzydziestu minut lewa prawa lewa prawa lub prawa lewa prawa lewa. Stereotyp był na szczęście przerwany tarasami dookoła komina, których naliczyłem pięć. Między drugim a trzecim tarasem przechodziliśmy przez mgłę. Wyglądało to tak jakbyśmy wspinali się po drabinie do nieba, na początku zagubionej w chmurach, ale potem dalej wyciągniętej w stronę niebios, ale na to byłoby jeszcze za wcześnie… Po zdobyciu szczytu, wdrapałem się jeszcze na ostatni taras, zajrzeć do środka komina. Spodziewałem się że całe ręce będę miał od sadzy i nic. Ściany wewnętrzne znacznie czystsze niż zewnętrzne…W czarnej ciemności komina zanikało światło ścian wraz z malutkimi schodkami na których siedziały pustułki. Dwie godziny podziwialiśmy wschodzące słońcem, i pierzynę mgły pod nami. W normalnych okolicznościach , cieszyłbym się słoneczkiem i świetnym widokiem, ale zacząłem się zastanawiać : czy zacznie wiać ? Czy rozpłynie się w ogóle ta mglą? Nie będzie tu później za dużo obcych wzroków? W końcu to przyszło, przed dziewiątą ostre słońce znalazło się pod odpowiednim kątem a mgła zaczęła pomału opadać. Dopiero teraz zacząłem rozglądać się dookoła i zdałem sobie sprawę dlaczego komin jest taki czysty, po prostu brakowało fabryki.
Przez krótkofalówkę ogłaszam „Jardo, Jardo pomału zaczynamy!'' Słabo słyszę "okey jesteśmy gotowi.“ Na nogi przyczepiliśmy sobie świece dymne a ja dodatkowo kamerę na rękę. Skontrowaliśmy sobie wzajemne spadochrony. Usiadłem na poręczy, aby lepiej nakręcić Romana skok. Ze świecy dymnej poszedł pomarańczowy dym a Roman z bojowym okrzykiem opuścił taras. „O kurde“ pomyślałem, „teraz ja“. Na szybkiego, po raz ostatni powtórzyłem : „odskok, ustawienie idealnej pozycji, trzy sekundy wolnego spadania, dokładne sięgnięcie na spadochron, związane z jego szybkim otworzeniem bez jakichkolwiek zmian pozycji ciała a po otworzeniu szybka korekcja kierunku z bezpiecznym wyrównaniem przy lądowaniu !!!“ Z podwyższonym tętnem, ale dużą pewnością siebie pociągnąłem za zawleczkę świecy dymnej, stanąłem na krawędzi barierki i skoczyłem. Dokładnie tak jak miałem to przemyślane tak się stało, i z metrową dokładnością miękko wylądowałem obok auta i reszty załogi. Pełni euforii, adrenaliny, endorfiny i uśmiechu, wzajemnie gratulowaliśmy i ściskaliśmy sobie ręce.
Wrażeń nie da się dokładnie opisać, ale chociaż po części chciałem podzielić się z wami doświadczeniami z mojego pierwszego kominowego base jumpu… Lubię korzystać z życia J
Tomas Lednik